Po pierwsze ma uczyć…

Jako że dziś pierwszy września roku pańskiego 2021, mamy więc świetną sposobność na post nieco wojenny. Zdaję sobie sprawę, że znowu się komuś narażę, ale na obrażalskich zważać nie będziemy 😎. Ani też na opinie niezliczonych rzeczników, co to o palmę pierwszeństwa w interpretacji moich słów zdają się konkurować 😁. W razie niejasności walcie śmiało – jak zawsze z każdym pogadam, czy to ze studentem pierwszego roku, czy to z ekspertem, i wszelkie niejasności chętnie sama wyjaśnię. Ale do rzeczy!

Od dłuższej już chwili przebywam w USA na tzw. EMS Fellowship, czyli subspecjalizacji z zakresu medycyny przedszpitalnej. No pewnie że zaraz potem wracam do Europy, ale najpierw co nieco trzeba tu podpatrzeć. Wiadomo – nie wszystko jest tu logiczne czy absolutnie potrzebne, ale mam jeszcze trochę czasu, aby takie niuanse wyłowić. Bez dwóch zdań – jest tu sporo ciekawych rozwiązań, które warto by do nas przeflancować. Jednakże zanim się na to porwiemy, to przydałoby się przebrać brudy. Nie ma to jak „specjaliści”, którzy znają kogoś, kto zna kogoś, a zarzekają się, że w USA to ratownicy zarabiają kokosy i w ogóle mają „high life”. Że już nie wspomnę o kilku innych arcyciekawych teoriach, do których jeszcze wrócimy 😃.

Jako że jestem znachorem ratunkowym z zawodu i zamiłowania, to zaczniemy od roli lekarza w jankeskim ratownictwie. Oczywiście że mamy swoje miejsce, i to wcale nie jakieś tam bez znaczenia, ale NiE JEST ONO W KARETCE!!! Od lat to powtarzam, i jeszcze nie raz tu nagłośnię! Nie ma stricte takiej konieczności, aby w zespołach ratownictwa medycznego jeździł lekarz. Jest to zbędne i ekonomicznie nieuzasadnione. Przydatność lekarza w ZRM jest wyjątkiem, pod warunkiem, że w ogóle ma jakieś pojęcie o szeroko rozumianej medycynie ratunkowej. Przy czym rozwiązań na tą niecodzienną przydatność jest coraz więcej, zwłaszcza wraz z rozwojem technologii.

Za Wielką Wodą, nikt nie ładuje lekarzy do karetek. W ramach subspecjalizacji uczestniczę w wyjazdach, ale prawda jest taka, że tak stricte klinicznie jestem w tej karetce zupełnie zbędna. Ratownicy na poziomie „CCP = critical care paramedic” [ang. ratownik specjalista intensywnej terapii przedszpitalnej] świetnie robie radzą z intubacjami po „RSI” [ang. rapid sequence intubation], wentylacją nieinwazyjną, resuscytacją hemodynamiczną, wlewami najróżniejszymi, i wszelkimi innymi zadaniami… To ja się uczę i zgrywam z zespołami, abym potem dobrze spełniała swoją najważniejszą rolę w systemie. A jaką? Ano taką, która polega na doskonaleniu zawodowym naszych ratowników. No jasne, że popełniają oni błędy – w końcu błędy to ludzka rzecz, ale nikt tu nie grozi nikomu palcem i nie posyła po prokuratora. Otóż analiza błędów służy poprawie całokształtu i usprawnieniu procedur, co ma zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości.

Rolą lekarza w ratownictwie medycznym jest przede wszystkim doskonalenie zawodowe ratowników medycznych. Po pierwsze ma on(a) po prostu uczyć!

To w ogóle nie jestem potrzebna klinicznie? Nie, tak to też nie jest! Są takie sytuacje, w których ratownik chciałby się skonsultować, czy poprosić o moją rozmowę z pacjentem. Co dwie głowy to nie jedna, i czasem warto się upewnić, że podąża się właściwym tropem. Zwłaszcza w przypadku prowadzenia skomplikowanych resuscytacji, zakończenia nierokującego RKO, czy w innych trudnych sprawach. Trudne decyzje zawsze łatwiej podejmuje się wspólnymi siłami. I w takich chwilach istnieje przecież telefon, do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy! Gdy o 3 w nocy pierwszym odgłosem w telefonie jest miarowy rytm Lucas’a czy AutoPulse’a, to naprawdę już wiele jest jasne, i człowiek dość szybko wczuwa się w swoją rolę. W wersji „aplikacja na smartfona” mogę sobie na wszystko popatrzeć, pogadać na wizji z zespołem, z pacjentem, albo ewentualnie z rodziną. Mogę też w mgnieniu oka stwierdzić, że w przypadku danego delikwenta, najlepszym środkiem komunikacji byłaby ketamina ;-). I choć nie ma mnie na miejscu to mogę wspierać zespół. Przy czym nie konsumuję tu prawie niczego z puli finansów przeznaczonych na pensje w systemie ratownictwa medycznego. Takie rozmowy prowadzę nawet w trakcie dyżurów w SOR – to tu zarabiam na siebie – i jest to logiczne oraz ekonomiczne rozwiązanie. A jednak istnieje taki budżet ratowniczy, w którym ratownik zarabia dużo więcej od lekarza… Utopia? Ależ nie! Codzienność jankeskiego ratownictwa. Tak więc jeszcze raz powtórzę – ani klinicznie, a już tym bardziej ekonomicznie, nie ma takiego argumentu, który dobitnie przemawia za udziałem personelu lekarskiego w wyjazdowych aspektach pracy ZRM.

EDUKACJA!!!

EDUKACJA!!!

EDUKACJA!!!

To jest znachorska rola w ratownictwie, a same medyczne czynności ratunkowe zostawmy więc proszę dobrze wyszkolonym przy naszym wkładzie ratownikom, odpowiednio kompensując finansowo tych na najwyższym szczeblu doskonalenia zawodowego. Bardziej łopatologicznie rozwiązać się tego nie da.

Do następnego!

P.S. Jankesi z zazdrością patrzą na nasze krajowe wdzianka ratownicze – mówią, że są zajebiste i chętnie by się z Wami zamienili 😎🚑 Czyli wyzwanie dla Total Marzena Ciszak? ❤️

+ posts

🇵🇱 Jak to kobitka w medycynie ratunkowej – zwariowana, szalona, politycznie niepoprawna i najzwyczajniej mówi co myśli! 😳 Mama dwójki najcudowniejszych dzieciaków po słońcem – Zuzi i Dominika! Kocham uczyć - zwłaszcza USG!

🇺🇸 Typical woman in emergency medicine. Million ideas every minute, some politically incorrect 🤯. Mom of 2 greatest kids on 🌎! Love to teach POCUS, especially to EMS ❤ Family 🚑 🚁

2 thoughts

  1. Świetny wpis 🙂 będąc już od bliżej nieokreślonego czasu liderem swojego zespołu wiele bym dał za konstruktywną rozmowę z lekarzem/kolegą/koleżanką o poszkodowanym. Niestety, ciężko się dowiedzieć co z pacjentem dalej się dzieje – często jesteśmy po prostu olewani zdawkową odpowiedzią

  2. W moim doświadczeniu to olewające podejście najczęściej wynika z dyskomfortu spowodowanego niewiedzą. Wielu nie potrafi odpowiedzieć: „Nie wiem, ale się dowiem, a przynajmniej postaram”.

Leave a Reply